Total page views

czwartek, 17 marca 2011

Indianie


Witam. Długo nie pisałem, czas to nadrobić. Wiec do rzeczy!

Ostatnio rozczytuje się w książkach opowiadających o życiu Indian Ameryki Północnej i czasach Wielkiej Kolonizacji tego kontynentu przez Białych Przybyszów.
Zawsze intrygowały mnie m.in. przybierane przez Indian "imiona" w stylu: "Czarna Stopa" czy "Rączy Koń".
"Imiona" te były niejako opisem charakteru lub dokonań Indian je noszących.
Również duże zainteresowanie wzbudzały we mnie postacie indiańskich szamanów, którzy dla każdego plemienia byli wyrocznią oceny jego zachowań i stanowili przewodników duchowych dla każdego jego członka.

Indianie nas fascynują. Poruszają naszą wyobraźnię w sposób wyjątkowy. Dlaczego?
Czyżbyśmy, omamieni przez technikę i postęp, otoczeni dziesiątkami niepotrzebnych przedmiotów, oderwani od skażonej natury, przekonani, iż wyznacznikiem wartości człowieka są pieniądze i sława, poczuli się nagle wyobcowani i nieszczęśliwi?
A przecież do szczęścia nie brakuje nam tzw. zdobyczy cywilizacji, tej samej, w imię której zniszczony został świat Indian.
Według pojęć białych był to świat prymitywny.
Półnadzy, niepiśmienni, żyjący blisko natury Indianie tak bardzo nie przystawali do naszego wyobrażenia o człowieku, który dzięki rozumowi powinien stać się zdobywcą, o świecie, nad którym należy zapanować, i o kulturze utożsamianej z bogactwem, że odmówiliśmy im prawa do istnienia.
Mało kto próbował wejrzeć w naturę więzi łączących Indian ze światem, w ich sposób rozumienia rzeczywistości, w ich styl życia nie do podrobienia.
Dopiero później, kiedy było już za późno, zaczęto dostrzegać duchowy wymiar świata tych ludów, magię ich obrzędów, rytualny charakter ich działań. Zaczęły zadziwiać więzi społeczne oparte na solidarności, traktowanie natury z pokorą, równowaga wypływająca z harmonijnego współżycia z ludźmi i z przyrodą.
Indianom zabrano ziemie, narzucono europejskie ubrania i obcięto włosy, ale nie uczyniono z nich białych.
Zniszczono ich tradycje, wyzuto z kultury, zdezintegrowano ich indiańską naturę, ale nie uczyniono z nich białych.
Dzisiaj Apacze, Siuksowie, Szoszonie mówią po angielsku, ubierają się jak biali, ale z uporem zachowują swą tożsamość Apaczów, Siuksów i Szoszonów wobec białej większości.
I nie chodzi tu o konflikt ras, ale o konflikt dwóch różnych wizji świata, z których ta nasza wydaje się nie do przyjęcia.

sobota, 5 lutego 2011

Kościółek w Bergen (przedmieście Fana)



Fantoft stavkirke

Obecnie jest wierną kopią dawnego kościoła, spalonego w 1992.
Zamieszczam, bo bardzo mi się podoba. Jest na co popatrzeć.

piątek, 4 lutego 2011

Gitary sklepowe, a używane.

Zacznę bez owijania w bawełnę - poszukaj gitary używanej. Wiem, wiem, masz w ręku ciężko uciułane pieniądze, dlaczego miałbyś kupować jakiś zmacany przez innych bubel? Otóż już śpieszę z odpowiedzią.

- Używane są TAŃSZE. Po wyjściu ze sklepu gitara traci na wartości jakieś 30%.
- Za tą samą cenę, za którą kupiłbyś nówkę, możesz kupić o klasę lepszą gitarę używaną.
- Kupując gitarę używaną możesz ją sprzedać za tą samą, za jaką ją kupiłeś. Czasami nawet można na tym jeszcze zarobić.
- Gitara używana jest rozegrana. Jeżeli np. gitara ma 2-3 lata i jest sprawna, to prawdopodobieństwo, że coś się w niej zepsuje (samo przez się) bliskie jest zera. Z tanimi gitarami bywa różnie - często produkowane są z niezbyt dobrze wysezonowanego drewna (o ile są z drewna!), tak więc po paru miesiącach mogą np. zacząć wyłazić progi z podstrunnicy i wtedy jest problem. W gitarach używanych raczej nie powinny takie buble się pojawiać - co się miało zepsuć, już by się zepsuło - jak wszystko jest OK, to znaczy, że gitara jest w porządku.
- Gitary w sklepie też są zmacane i używane przez wiele osób.

Popatrzmy zatem na zalety nowych gitar:

- Nowe są ładne, nienagannie błyszczą itp. No OK, rozumiem - ale to zauroczenie trwa tydzień. Potem Twoja gitara i tak staje się używana.
- Używane mogą mieć ryski, zadrapania, obicia... Dobra, ale czy to naprawdę wielki problem? Gitara ma grać a nie wyglądać - powtarzam. Takie małe rysy na lakierze nie wpływają na brzmienie gitary, za to na cenę - owszem. Małe obicie i już cena leci w dół. No i można kupić naprawdę fajne instrumenty za niewielkie pieniądze. Poza tym poobijana gitara ma swój urok i charakter (do tego trzeba dojrzeć ).
- Nowe gitary mają gwarancję. Owszem, jest to dobry argument, jednak jak pisałem, jeśli w 3 lata gitarze nic się nie stało, to raczej nic się już nie stanie. I gwarancja nie jest potrzebna.
- Używana gitara może być zużyta. Chodzi przede wszystkim o wytarte progi, stępione nożyki we Floydzie itp. Wszystko to jednak da się odwrócić i np. wliczając cenę za przegląd u lutnika, gitara i tak może mieć świetny stosunek cena / jakość.
- Rodzice nie zgadzają się na kupno używanej. To ich do cholery przekonaj! Chcesz kupić na raty to pożycz kasę od wujka.

sobota, 22 stycznia 2011

Americanizacja

We współczesnym świecie narażeni jesteśmy na czerpanie z innych kultur.
Może nie każdy z nas ma świadomość tego, że Polacy się amerykanizują.
Bardzo chętnie oglądamy amerykańskie filmy, słuchamy takowej muzyki i kupujemy produkty sprowadzane ze Stanów Zjednoczonych.
Uważam, że wśród Polaków następuje dobrowolny proces amerykanizacji.
Po pierwsze coraz częściej obchodzimy zachodnie święta, które swoje korzenie mają w Stanach Zjednoczonych.
Chociażby dobrze wszystkim znane Walentynki czy Halloween.
Zapominamy o naszych Słowiańskich świętach, które są o wiele piękniejsze i bogatsze od tych amerykańskich.
Po drugie używamy wielu zagranicznych słów. Zamiast powiedzieć, że ktoś jest miły, czy fajny, mówimy, że jest „cool”. Już nie chodzimy do sklepów, lecz odwiedzamy „hipermarkety” czy „shopy”.
Obecnie młodzież pragnie być „trendy” zupełnie jak bohaterowie „Beverly Hills” .
Po trzecie szczególny nacisk w postępowaniu procesu amerykanizacji nakładany jest na dziecii i młodzież. Każdy nastolatek z namiętnością śledzi losy swych amerykańskich idoli, stara się przejąć ich tryb życia i wcielić go w swoje życie.
Myślę, że również spożywanie posiłków w barach szybkiej obsługi, typu „Pizza Hut” jest typowym przykładem tego, że Polacy naśladują zachodni styl życia.
Moim zdaniem szkoła zamiast przyzwalać na obchodzenie komercyjnych świąt, powinna uczyć nas przynależności do własnej kultury. Każdy z nas jest przecież Polakiem, ma własny język, i wiele wspaniałych tradycji i obyczajów.
Uważam, że polska młodzież chłonie wszystko, co piękne, kolorowe, święcące i amerykańskie … A przecież jest to w pewnym sensie zatracanie własnej kultury, własnych tradycji i obyczajów…
SŁAWA!

niedziela, 16 stycznia 2011

Pierwsze Skojarzenie.

Kiedy słyszę gdzieś „polska scena muzyczna” to zbiera mi się na płacz.

Pierwsze myśli, które przychodzą mi do głowy to wyczyny Gosi Andrzejewicz, Meza, zespołu Feel etc. Porażka dno, rozpacz. I mógłbym tak bardzo długo wymieniać negatywne przymiotniki, ale na szczęście nie jest jeszcze tak źle jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

Oczywiste jest, że jeżeli jesteśmy koneserami dobrej, ambitnej, rzekłbym inteligentnej muzyki, to w polskim przemyśle muzycznym jest tego, wbrew pozorom bardzo dużo. Ale trzeba umieć szukać. Polski przemysł muzyczny możemy porównać do morza. Cały brud i smród unosi się na samej powierzchni morza. I to jest nasze pierwsze wyobrażenie o nim.

Ale kiedy założymy specjalny sprzęt i włożymy w nasze poszukiwania trochę wysiłku to możemy znaleźć prawdziwe skarby. Nie oszukujmy się, włączając vive czy inny 4fun nasze uszy okaleczą śmieszne popowe nic nie warte piosenki, które są okraszone teledyskami, które nie wiele różnią się od filmów erotycznych. Niestety pieniądz zmienił nasz świat.

Wszystko nastawione jest na zysk. Firmy fonograficzne stosują komercyjne chwyty i promują gwiazdki na jeden przebój. Tworzy się muzykę dla mas, dla ludzi, którzy słuchając utworu muzycznego nie chcą obcować ze sztuką a jedynie usłyszeć banalną melodie z głupim tekstem, o których zapomną za kilka miesięcy.

Ale tak jak już wspominałem znajdziemy Polskich artystów muzycznych, którzy tworzą prawdziwą muzykę. Niestety bez odpowiedniej promocji takie zespoły nie mają prawa bytu, dlatego niektórzy „fani” zarzucają im komercje, co nie zawsze jest zgodne z prawdą.

Dlatego znacznie lepiej żyje się w Polsce artystom, którzy są lansowani przez media. W ciągu roku wydadzą 4 płyty, podczas gdy szanujący się artyści wydają płytę co najmniej po kilku latach od poprzedniej.

A dzieje się tak, bo sezonowe gwiazdki mają świadomość, że ich czas w każdej chwili może się skończyć. Oni nie mają prawdziwych fanów. Bo prawdziwi fani są z zespołem czy muzykiem przez długie lata i zawsze będzie ktoś, kto kupi ich płytę.

Ale warto poszukać tych niezależnych nie lansowanych w mediach zespołach, bo naprawdę wśród tej tandety, którą nam się wciska możemy znaleźć istne perełki.

niedziela, 9 stycznia 2011

Władcy Chaosu

Doczekałem się w końcu polskiego wydania książki pt.

'Władcy Chaosu. Krwawe Powstanie Satanistycznego Metalowego Podziemia'

Kupiłem, przeczytałem i było warto!

Publikacja ta zyskała swego czasu spory rozgłos, ponoć także poza ramami metalowego półświatka.

Tym bardziej więc szkoda, że zanim pojawiła się w Polsce, zdążyła nieco się już zdezaktualizować, a na pewno nie szokuje tak, jak szokowała kiedyś.

Parę osób zapewne przeczytało ją wcześniej w oryginale, kto tego jednak nie zrobił, a chciałby dowiedzieć się tego i owego o tym, jak to blisko dwie dekady temu bawiła się norweska młodzież,"Władcy Chaosu" nieźle się do tego nadają.

Zakładam, że większość potencjalnie zainteresowanych wie o czym mowa, więc pokrótce tylko naświetlę fabułę.

Autorzy przypominają przede wszystkim wydarzenia, które miały miejsce w Norwegii na początku lat ’90 ubiegłego wieku w związku z rodzącą się blackmetalową sceną.

Nie chodzi tu jednak o dogłębne analizy zawartości muzycznej albumów Burzum czy Mayhem, ale o ekscesy w rodzaju podpaleń kościołów czy morderstw popełnionych przez Barda Eithuna i rzecz jasna, Varga Vikernesa.

Ten ostatni, przy okazji główny bohater książki, widowiskowo wyprawiając Euronymousa na tamten świat, awansował do pierwszej ligi celebrytów.

Zresztą, "Władcy Chaosu" to z pewnością nie książka muzyczna w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Owszem, autorzy starają się opisać genezę norweskiego black metalu, nawiązując choćby do prekursorów z Venom, Mercyful Fate czy Bathory.

Wspominają też o Slayer, Possessed czy Hellhammer oraz rodzącej się deathmetalowej scenie po obu stronach Atlantyku. Przede wszystkim jednak koncentrują swą uwagę na przedstawieniu ww. wydarzeń wraz z nakreśleniem sylwetek Euronymousa i Vikernesa, na dalszy plan przenosząc kwestie ściślej związane z muzyką, którą tamci tworzyli.

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że całokształt pracy duetu Moynihan - Soderlind na pewno robi wrażenie.

Panowie przeprowadzili i zawarli w książce dziesiątki wywiadów (nawet z Antonem LaVeyem), rozmawiali z Vargiem w więzieniu, przepytali wielu muzyków, dziennikarzy czy wreszcie rozmaitych innych ekspertów.

Bez wątpienia to, jak dotąd, jedyna w swoim rodzaju książka, w której podjęto próbę tak dogłębnej analizy fenomenu black metalu.

Lektura obowiązkowa nie tylko dla fanów muzyki ekstremalnej.

A TUTAJ bardzo dobry dokument prawie o tym samym.
Warto obejrzeć, żeby przekonać się, że panowie tworzący black metal, to nie tylko zakute łby, którzy wymachują łbem dla papcia szejtana !

czwartek, 6 stycznia 2011

Okiem ateisty cz.1

Rozmowa ateisty z wierzącym zwykle polega na tym, że wierzący mówi, że wierzy, a ateista pokazuje na czym polegają błędy rozumowania wierzącego i niesłuszność pewnych ustaleń. Niektórzy wierzący widząc, że nie potrafią przekonać zaczynają oskarżać - "ty tylko krytykujesz" i domagają się dowodu na nieistnienie boga (czy jakiegoś innego bytu).

Udowadnianie nieistnienia czegoś, czego nie "widzimy" jest sprzeczne z logiką. Można wysuwać pewne teorie dotyczące rzeczywistości, ale aby czemuś zaprzeczyć za pomocą dowodu, trzeba najpierw mieć czemu zaprzeczać, jeżeli więc ktoś nie udowodnił istnienia czegoś, nie powinien żądać udowodnienia nieistnienia.

Przykład. Na stole leży jabłko. Przy stole stoją dwie osoby. Jedna osoba może próbować wmówić drugiej, że na stole leży też pomarańcze - może próbować wmówić, że niedowidzi, itd. To będą nietrafne próby udowodnienia. Jak druga osoba może udowodnić nieistnienia tej pomarańczy? Może spróbować je złapać itp. Nie da jednak konkretnego "dowodu", bo to nie możliwe. Nawet nie wie, gdzie konkretnie pierwsza osoba "wyobraziła sobie" pomarańcze.
Podobnie z udowodnieniem istnienia rzeczy istniejącej - czyli jabłka. Pierwsza osoba nie udowodni istnienia jabłka, ponieważ dla drugiej jego widoczność i istnienie jest dowodem samym przez siebie.
Próbować dowieść można tutaj jedynie nieistnienia istniejącego (jabłka) i istnienia nieistniejącego (pomarańczy).

Tutaj trzeba sprecyzować sprawę "widzialności". Przez to mam na myśli nie tylko widzialność za pomocą narządu wzroku, ale "widzialność" czegoś nawet przy użyciu jakichś urządzeń badawczych, które pozwalają "zobaczyć" rzeczy niewidzialne dla oka.
Dziś w pewien sposób "widzimy" fale elektromagnetyczne, budowę cząsteczkową itp. Boga jak dotąd nikt nie "zobaczył", nawet za pomocą jakiegoś urządzenia badawczego. Dlatego jest tu on odpowiednikiem nieistniejącej pomarańczy w powyższym przykładzie.

Czy ktokolwiek potrafiłby udowodnić nieistnienie "jakiegochuja" - czymkolwiek to jest? Najpierw trzeba byłoby wiedzieć czym to w ogóle jest i jak się zabrać za jakiekolwiek udowadnianie. Bóg czy podobny byt jest właśnie takim "czymś".

Postrzeganie zdania "udowodnij, że..." sprawił, że ktoś wymaga udowodnienia nieistniejącego.

Na koniec jeszcze jedno. Niektórzy mogą tutaj przyczepić się do słowa "nieistnienie" jako do przedwczesnego stwierdzania, że boga nie ma. O nieistnieniu świadczy to, że w żaden sposób nie można "zobaczyć" tego bytu. Nawet wierzący nie mogą temu zaprzeczyć, ponieważ nie wiedzą, ale wierzą - więc przyjmują jako podstawę nieistnienie, a dopiero na to nakładają wiarę, czyli domniemanie istnienia.

Myślę, ze zbyt nie zagmatwałem :-)

Miłego czytania i wysuwania wniosków.

Search this blog

Ładowanie...